Zupełnie niespodziewane chwile autentycznego szczęścia

Zupełnie niespodziewane chwile autentycznego szczęścia

Wpis nieplanowanie pozytywny.

Mój starszy syn należy do rodzaju zamkniętych w sobie. Nie chodzi o to, że cichy czy niegadatliwy – wręcz przeciwnie – głośny i pewny tego, co chce. Właśnie dlatego na pytanie „Co się działo w przedszkolu?”, odpowiada: „Tato, a kiedy jest Dzień Dziecka?”. Więc opowieści o jego postępach przedszkolnych pochodzą jedynie z tablicy z pracami plastycznymi (i te zdecydowanie nie nastrajają pozytywnie, nie tylko jeśli porównać z koleżanką urodzoną w styczniu, ale też z kolegą z grudnia) oraz z ust pań nauczycielek (te powiedzmy są takie w kratkę, czasem słucha, czasem myśli o tym Dniu Dziecka i umyka mu prośba o sprzątanie, no i bywa niekoleżeński).

Po powrocie z przedszkola wchodzimy w tryb utrzymania życia w domu. Jeśli oznacza to zabawę z dziećmi, jest spokojne, ale jeśli wykracza poza ten nawias, otwierając zbiór obowiązków, to można się spodziewać kłopotów. W moim domu problemem jest nawet zmuszenie starszego syna do zjedzenia czegoś więcej niż łyżeczka miodu. Nie wspominając już o sprzątaniu (to że on nie lubi sprzątać to jedno, ale rodzicom też nie pozwala, bo wtedy przecież nie mogą się bawić). Potem dyskusja o kąpieli, która utwierdza mnie w przekonaniu, że mój syn doskonale będzie się czuł na konwersatoriach filozoficznych czy praktyce negocjacji biznesowych, ale gorzej na matematyce w trzeciej klasie podstawówki.

Ale pewnego dnia, kiedy dziecko było już w kąpieli, a ja ogarnąłem chaos na poziomie niedbałej sprzątaczki, która wie, że nie dostanie bury, jak na łóżku będą ułożone poduszki, bo szef ma problemy z kręgosłupem i nie spojrzy na dywan za zagłówkiem, usiadłem z ciężkim westchnieniem na (zamkniętej) toalecie i słyszę… Piosenkę słyszę wesołą, z trudną (dla mnie) melodią, o wielkiej chęci zostania piratem. Jestem tak zdziwiony, że znaczenie słów łapię dopiero podczas refrenu, więc proszę syna, aby zaśpiewał jeszcze raz. I proszę go o to z entuzjazmem, za który od razu się karcę, bo przecież on się zatnie i odpowie pytaniem o to, ile jeszcze do Bożego Narodzenia. Ale on śpiewa drugi raz piosenkę, którą ja z miejsca, niesiony jakąś substancją chemiczną, którą w takich sytuacjach wydzielają rodzicielskie mózgi, zapamiętuję i mogę przytoczyć z pamięci:

Wyruszamy dzisiaj na bezludną wyspę,

Po co tam jedziemy, to jest oczywiste.

Skarb piratów odnajdziemy!

Mamie, tacie przywieziemy!

Bo okrutnie są bogaci,

Piraci, piraci.

I w tej krótkiej chwili radości i uśmiechu nagrywam filmik, jak on śpiewa, i wysyłam żonie męczącej się usypianiem drugiego dziecka i złaknionym każdej chwili z wnukiem dziadkom. Nie publikuję we wszystkich możliwych mediach społecznościowych jedynie dlatego, że bardzo się staram to ograniczać ze względu na znajomych i ich cierpliwość do filmów z dziećmi (nie mówiąc już o fakcie, że jest to film z kąpieli dziecka, co sobie uświadomiłem dopiero po pewnym czasie), ale dla mnie to było wspaniałe. Nie wiem, czy nauczył się jej tego samego dnia, czy przed tygodniem, ale jestem wdzięczny, że się ze mną tym podzielił.

Czy równoważy ciężar tego dnia albo i ostatnich czterech lat? To w ogóle nie o to chodzi, takie chwile nie nadają sensu, nie przyprawiają o dumę, nie są wytłumaczeniem wyrzeczeń i zastanawiania się, kiedy ostatni raz byliśmy w kinie. Są czyste i wolne od tego typu porównań, po prostu są. I są dla mnie piękne. I czekam na nie z radością w sercu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *