Od Punishera do Taylor Swift

Od Punishera do Taylor Swift

Oglądanie nowego „Punishera” na Netflixie skłoniło mnie do pomyślenia o mojej rodzinie. I nie chodzi mi o to, co jesteśmy w stanie zrobić dla siebie (czyli krzywdzić się i narażać na niebezpieczeństwa, próbując się wzajemnie chronić… serio ten serial to koszmar rodzica) ale o flashbacki. O te sceny, w których główny bohater (najczęściej w obliczu głębokiego cierpienia i obfitych krwotoków) przypomina sobie uśmiechy swojej żony, piknik z dziećmi, wizytę w wesołym miasteczku, które momentalnie zamieniają się w krwiste koszmary.  Skłoniło mnie to do rozmyślań nad takimi sytuacjami w moim życiu.

 

I okazało się, że nie musiałem daleko szukać, bo tego samego wieczora przydarzyło się coś superpięknego – przynajmniej dla mnie. Po osiemnastej w jednym miejscu zebrała się cała nasza czwórka. Za wcześnie na kolację, za późno na bajki ([B]: SERIALE!) w telewizji, więc zacząłem się zastanawiać nad potencjalną zabawą i wymyśliłem gimnastykę. Zaczęliśmy robić skłony, przewroty, przysiady. Młodszy syn się zaśmiewał, próbując robić skłon (pięknie wychodzi mu podnoszenie rąk do góry, kompletnie nie ogarnia jak te ręce mają dotknąć stóp), a starszy zaczyna przejmować inicjatywę zgodnie z przedszkolnymi wskazówkami.

 

– A mogę Wam pokazać jak się tańczy zumbę? – mówi i zaczyna śpiewać coś o czekoladzie i wykonywać całkiem, jak na niego, skoordynowane ruchy. My się ustawiamy z żoną i dawaj z nim. Młodszy stoi, patrzy i się zaśmiewa.

 

– A może ja znajdę tę piosenkę? – mówię, włączam mały głośnik i z wielką łatwością (równą zaskoczeniu) znajduję utwór o czekoladzie do zumby. Taniec rusza pełną parą, ruchy mojego syna faktycznie pasują do melodii. Po 4 minutach rozpoczyna się youtube party, moja żona puszcza Taylor Swift, ja nie wiem, jaka to jest muzyka taneczna, więc puszczam Lady Gagę i przez dobre 20 min tańczymy w parach (mój starszy syn z żoną na środku salonu robią obroty i przerzuty), ja podskakuję z młodszym, potem zmiana, bo starszy robi solowy break dance, co powoduje, że i ja tańczę z moją żoną przez 2 minuty pierwszy raz od nie wiem, jak dawna. Wszyscy stajemy się szybko bardzo zmęczeni i bardzo uśmiechnięci. Było naprawdę fajnie. O dziwo nikt się nie przewrócił, nie nadepnął na stopę, nie spadł z kanapy, ani nie walnął o niebezpiecznie blisko stojący stół (bo mniej więcej od piątej minuty tańca byłem święcie przekonany, że finałem tej sceny są łzy kogoś z nas), ale nie! Wszyscy przeżyli!

 

 

Oczywiście nie spieszy mi się do powtórzenia makabrycznego losu bohatera serialu, ale mam swoją chwilę, do której będę wracał w momentach tortur. Zapewne prędzej psychicznych, niż fizycznych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *