Pobranie krwi. Po prostu pobranie krwi

Pobranie krwi. Po prostu pobranie krwi

– Ale ja nie chcę! – krzyknął mój czteroletni syn, kiedy poprosiłem go, aby wysiadł z samochodu przed przychodnią, w której miał mieć pobraną krew do badania. Oczywiście krzyczał to już wiele razy w domu, przekonywał, że nic mu nie jest, prosił. Już dużo wcześniej mówił, że nie da sobie pobrać krwi, ale zdecydowałem się rozpocząć tę historię w tym momencie, bo czemu nie.

– Synku, musisz, nie wiemy, dlaczego tak długo masz gorączkę. Pani doktor powiedziała, że potrzebuje badań, żeby sprawdzić, czy jakieś bakterie albo wirusy nie dostały się do twojej krwi – powiedziałem po raz dwusetny bardzo podobne do siebie zdanie, łącząc w sobie wiedzę od lekarki, z książki o budowie ludzkiego ciała, którą razem czytaliśmy, i jednego z odcinków „Było sobie życie”, który oglądał kilka miesięcy temu.

– Ale to będzie bolało!

– To prawda. Niestety, ale tylko przez chwilę. To potrwa bardzo krótko, zobaczysz.

– Ale czy to jest najlepszy lekarz? – tym pytaniem, przyznaję, mnie zdziwił. Padło po raz pierwszy i nie wiem, jakie jest źródło jego braku zaufania do polskiej ochrony zdrowia. Czyżby zbyt dokładnie słuchał moich rozmów z żoną?

– To nie będzie lekarz, tylko pani pielęgniarka i mam nadzieję, że będzie bardzo sprawna – nie wiem, czy to było wystarczająco pocieszające, ale zbity z tropu powiedziałem chyba prawdę.

– Nie, nie, nie – mówi, ale odpina pas. – Ale przytul mnie.

– Tak synku – mówię i biorę cielsko siedemnastokilogramowego czterolatka na swe ręce (a i tak waży za mało, bo je tyle, co kot napłakał). – Będę cały czas z tobą.

Ruszamy, niosę go.

– Ale ja nie chcę, nie dam sobie nic pobrać – mówi zdecydowany tonem.

– Synku, niestety musisz – powtarzam machinalnie swoją mantrę. Oczywiście jest jeden z upalnych dni pomiędzy tegoletnimi burzami i oczywiście założyłem jasną i cienką koszulą, więc jestem mokry nadzwyczaj widocznie.

– Nie chcę.

– Ja rozumiem, nie chcemy tego, ale to jest potrzebne i na szczęście niezbyt częste – staram się być bardzo spokojny, choć 150 metrów już idziemy.

Wchodzimy do przychodni. Na szczęście wakacje (nie wszystko sprzysięgło się  przeciwko mnie), więc do rejestracji jedna osoba w kolejce, przed gabinetem garstka ludzi. Mój syn milknie, kiedy podaję jego dane. Myślę sobie, że jeśli będzie sparaliżowany strachem, wytrzyma w takiej pozycji do końca. Nic z tych rzeczy, kiedy kierujemy się w stronę poczekalni, nie wracają wprawdzie pytania, ale pojawia się ryk. Takie pojękiwanie, głośne wciąganie powietrza, które znam dobrze z oglądanej przez żonę „Gry o tron”.

– Spokojnie mówię, zaraz będzie nasza kolej. Chcesz się czegoś napić? – pytam, bo lubi automaty z wodą w przychodniach.

Nie ma na to czasu, z gabinetu dziecięcego wychodzi dorosły pacjent, a ponieważ dzieci tam wchodzą bez kolejki kierujemy się wprost w stronę uśmiechniętej i spokojnej pielęgniarki, która nie wie jeszcze, jakie upojne kilka minut ją czeka. Choć może w sumie wie. To nie może być pierwszy raz, nawet tego dnia zapewne miała już takich małych pacjentów. Pokój jest miły, z naklejanymi zwierzętami na ścianach, no ale jest fotel, więc ryk, który kojarzę z „Gry o tron” z dźwiękami osób, które patrzą na egzekucję swoich najbliższych przeradza się w kołysanki, jakich zapewne słuchał w kołysce młody Bolton.

Jaś krzyczy: Nie ja nie chcę!

Ja: Synku, niestety musimy. To potrwa chwilę, jestem z tobą.

Pielęgniarka z uśmiechem: proszę usiąść wygodnie na fotelu.

Jaś: NIE! NIE! NIE! NIGDY!

Ja siadam, Janek się wyrywa i skacze za drzwi.

Jaś: Zostaw mnie, zostaw. Chcę być sam!

Ja: Jasiu, proszę cię, usiądź ze mną. Chyba, że wolisz sam na krześle?

Jaś: NIE! NIE! CHCĘ LEGO!

Ja: Synku, nie proponowałem ci za to Lego. Ale na pewno możemy pomyśleć o jakiejś nagrodzie.

Jaś: NIE!

Pielęgniarka ze spokojem: Proszę go wziąć na kolana.

Biorę wyrywającego się i wrzeszczącego chłopca, który jest moim synem i, mówiąc jakieś uspokajające brednie, siadam na fotelu. Gdzie pielęgniarka ze stoickim spokojem przygotowuje igły i ampułki. Na ten widok Jaś wzywa moc posępnego czerepu i z podwójną mocą wierzga i krzyczy.

Pielęgniarka, bardzo spokojnie: Proszę złapać kolanami jego nogi, a ręką objąć.

Sama bierze nadgarstek.

Pielęgniarka: Jasiu, muszę najpierw przemyć to miejsce.

Jaś: NIE! NIGDY! NIE DAM!

Ja: Spokojnie Jasiu, to dobrze, tak trzeba.

Pielęgniarka: Teraz ukłucie.

Jaś wierzga, krzyczy i się wyrywa.

Pielęgniarka: już. Możecie wychodzić. Tylko nakleję plasterek, żeby krew już nie leciała.

Janek jest zbity z tropu, milknie natychmiast. Ja jestem mokry i chyba trochę głuchy.

Wychodzimy. Na korytarzu ludzie raczej się ze mnie śmieją, niż nienawidzą.

– To było straszne, ale byłem dzielny – mówi spokojnie Jaś.

– No… nie do końca dzielny. Udało się to zrobić, ale raczej bez twojej pomocy – mówię, ale już się śmieję, że to za nami.

– No, ale to bolało – mówi Jaś.

– No tak, wiem, ale musisz zrozumieć, że to jest ważne. Zapamiętaj teraz, że nie było to za długo, żeby następnym razem było już lepiej, ok?

– Ok, to idziemy po Lego?

– yyyy… ok – mówię kompletnie niewychowawczo chyba. – To będzie nagroda za ten ból.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *