O dzieci nieusypianiu

O dzieci nieusypianiu

Ludzie, którzy zachęcają innych ludzi, żeby mieli więcej niż jedno dziecko nie mają wyobraźni. Nie żeby posiadanie więcej niż jednego dziecka nie było super – na wielu poziomach jest. Ale osoba, która do tego zachęca zwyczajnie nie wie, że układ jedno dziecko – jeden rodzic jest bezpieczną sytuacją zapewniającą (a to i tak nie zawsze) względne zdrowie psychiczne i fizyczne obydwu stron. Złamanie tej zasady, naruszenie porządku rzecz niesie za sobą konsekwencje trudne do przewidzenia i opanowania.

Ta historia zaczyna się w momencie, kiedy moja żona wyjeżdża w pierwszą podróż służbową po powrocie do pracy z macierzyńskiego. “Poradzisz sobie?” “To jedna noc, pewnie, że tak” – co może nowoczesnego ojca, który wie i umie wszystko, zaskoczyć pomyślałem bluźnierczo w głowie. A bóg dziecięcy nie znosi buty wyznawców, nie wolno na niego spoglądać inaczej niż z klęczek, inaczej spuści na śmiałka plagi straszne i nie zazna się jego litości… długo bym tak mógł.

 

Zaczęło się od kataru. Niewielkiego, ale zwiastującego trwogę. Potem nastąpił stan podgorączkowy młodszego syna – niby nic strasznego, ale lęk zaczął się sączyć w moje serce. Ale przebrnęliśmy przez to bawiąc się i jedząc. Ale nadeszła chwila położenia dzieci spać. Kolejność w moim domu zwykle jest taka, że najpierw idzie spać dziecko młodsze (co jest dość logiczne).

– Dobrze – mówię do starszego syna. – Ja kończę już zabawę, możesz się dalej bawić sam, albo włączę ci bajkę

– To ja się pobawię – odpowiedział nie odrywając wzroku od mieczy Ninjago.

– Ok, tylko proszę, nie przeszkadzaj nam, bo to dłużej potrwa i później do ciebie wrócę – odpowiedziałem naiwnie.

W łazience wszystko mam pod kontrolą – co tu dużo mówić: i wykąpię nie podtapiając (łącznie z myciem głowy) i piosenkę o stopach zaśpiewam i zęby bez łez umyję. A z powodu tego kataru to nawet zieloną, obślizgłą maź z nosa wyciągnąłem używając przyrządu, o którym nieposiadający dzieci woleliby nigdy nie wiedzieć (nazywa się frida, tylko dla ludzi z dziećmi, bądź z zerowym odruchem wymiotnym). W trakcie wycierania wchodzi starszy syn.

– Już mi się znudziło, możesz mi włączyć bajkę?

– Synku, teraz wycieram twojego brata, musisz chwilkę poczekać.

– Ok – wychodzi obrażony. Po chwili słyszę z kuchni wyraźny szelest. – To samo się wysypało!

– Co się samo wysypało?

– Płatki mamy.

Biorę na ręce dosyć jeszcze mokre dziecko i ruszam do kuchni, gdzie na ziemi leżą rozsypane płatki kukurydziane, a starszy syn stoi na swoim krzesełku przy otwartej górnej szafce.

– Nie same, tylko ty zrzuciłeś chyba. Poczekaj chwilkę. Zaraz przyjdę – zaczynam szukać pilota, żeby włączyć mu odcinek miłego serialu o chłopcu i jego przyjacielu, który jest kosmitą i ma macki. Ale mój młodszy syn lubi płatki, więc zaczyna się dosyć głośno ich domagać. Muszę go na chwilę położyć na ziemi, żeby odszukać pilota, więc on rusza między płatki i słyszę, jak je rozgniata pod swoimi kolanami. I zadowolony zaczyna je zjadać. Znalazłem pilota.

– Tato, ja jestem głodny jeszcze, mogę kanapkę z miodem?

– Nie synku, już była kolacja, teraz mogę ci jabłko dać.

– Ale pokroisz w kawałki?

– Tak, chwila – podrywam młodszego syna z ziemi, strzepuję okruszki (nieskutecznie, bo skóra mokra), on oczywiście niezadowolony. Znajduję jabłko, myję i podaję.

– Miałeś pokroić – więc odstawiam młodszego do fotelika, co powoduje jego spore niezadowolenie, więc naginam się i zatykam niezadowolenie smoczkiem.

Rozdeptuję mnóstwo płatków, bo oczywiście ich nie posprzątałem. Kroję jabłko myśląc, że jeden odcinek przygód ziemianina i jego mackowatego przyjaciela trwa 12 min, więc na dokończenie kąpieli zostało mi ok. 8. Jabłko pokrojone, przygotowuję wodę na mleko, wsypuję miarki do butelki (7 min). Wracamy do łazienki, jeszcze raz go opłukuję (6), zęby (5:30, wiem, za krótko myliśmy), wycieranie, obieranie, oczy (3 min), czy on nie ma paznokci za długich? Nie ważne. Wracamy do salono-kuchni, odcinek trwa, mam czas zrobić mleko i dokładnie w momencie napisów końcowych, kiedy rozlega się przewidziany przeze mnie krzyk “mogę jeszcze jeden” sięgam po pilota i włączam kolejny odcinek – duma mnie rozpiera, rozbiłem system, logistyka na poziomie reprezentacji Niemiec na mistrzostwach świata w Brazylii, teraz będzie już tylko z górki – myślę sobie dosyć naiwnie, a bóg dziecięcy tylko chichocze.

– Synku, tylko teraz ja idę usypiać twojego brata, więc bądź proszę cicho i mi nie przeszkadzaj, bo jak to dłużej potrwa, to ty będzie niezadowolony.

– Dobrze.

12 minut na nakarmienie i uśpienie. Wymagający czas, ale dla rekordzisty polski w logistyce dziecięcej, który tytuł przyznałem sobie po ostatnim sukcesie, to nie będzie problem. Siadam na łóżku. Młodszy syn zaczyna jeść. Jest dobrze. Rączkami zaczyna trzeć oczka (10 minut), coraz lepiej. Ssanie w równym tempie, ja spokojny i niewzruszony, niczym granitowy posąg ojca, ale nie, nie granitowy tylko z jakiegoś milszego materiału, może z filcu. Oczy zamknięte (8 min). Butelka puszczona, oczy przymrużone, smoczek wędruje do buzi, podnoszę dziecko i kładę na mojej piersi głowa opiera się o mnie, zaczyna coś mruczeć (5 min) totalnie mam to pod kontrolą. Zaczynam w głowie śpiewać piosenkę Kaczmarskiego “Jan Kochanowski”, co jest moim zegarem, po zakończeniu będę mógł odłożyć śpiące dziecko do łóżeczko. W mojej myślowej interpretacji piosenka trwa ok. 3:30, więc idealnie. Dochodzę do wersu “szczodrością moich dni, dziękuję ci” i robię pierwszy krok w stronę łóżeczka. Głowa Kazika wstaje. Oczy otwarte. NIEEEEE.

Ok, nie jest jest jeszcze nic straconego, odcinek skończy się za minutę, starszy syn jeszcze na pewno będzie trochę jadł jabłko. Kładę młodszego na łóżku naszym. Przytula się do mnie. Jest dobrze, dam radę. Po ok. minucie słyszę teatralny szept spod drzwi “taaatooo, skończyło się”. Młodszy syn siada na łóżku i zaczyna się uśmiechać – usłyszał brata.

Ok, to pierwsze niepowodzenie, 12 min usypiania, to był ambitny plan, nie musiało się udać, ba nikomu by się nie udało. Biorę zadowolonego z opuszczenia sypialni brzdąca i idę do starszego syna. Włączam jeszcze jeden odcinek.

– Tato, gło..

– Nie jesteś, już wystarczy – przerywam mu i wracamy do sypialni.

Zaczynają się schody, młodszy syn nie chce być już noszony. Kładziemy się na łóżku, ale ten zamiast się położyć, siada. Śmieje się i pokazuje palcem mój nos. Ostatnio go uczyłem, nie mogę nie zareagować.

– Tak, tata ma nos “pip” – mówię i to był totalny błąd, bo on już się śmieje na całego i zaczyna raz za razem dotykać mojego nosa a ja, debil, nie mogę przestać mówić “pip”, więc go totalnie rozbawiam bardziej.

I tak mija 12 min.

– Tato, skończyło się – słyszę.

Tym razem bez poczucia specjalnego dramatu wstaję z kompletnie rozbudzonym dzieckiem, ponownie wchodzę w rozrzucone na ziemi płatki (posprzątam je zaraz po uśpieniu Kazika, mówię). Włączam kolejny odcinek. Wracam do sypialni i zmieniam strategię. W butelce zostało jakieś 2 min. mleka, więc daję mu butelkę. Rączki do oczu – dobra nasza. Biorę go na ręce. Głowa ląduje przy mojej brodzie. Sprawdzam w lusterku żony – oczy zamknięte. Ok, tym razem decyduje się na śpiewanie “Spowiedzi pewnego emigranta” oraz “Kazimierza Wierzyńskiego”, to będzie ponad 4 min. powinien zasnąć. Chodzimy po pokoju. Decyduję się na kombo – nie położę go do jego łóżka, ale w naszym – mniej się zirytuje. Kładziemy się, głowa leży, oczy zamknięte. Liczę w myślach do 200, bo jest niespokojny. Leżymy, ale zapomniałem, że skończyło się 12 minut. NIEEEE. Starszy syn jest już zresztą znudzony oglądaniem – zaczyna chodzić po korytarzach.

– Gdzie jest mój tatuś (przecież wie, że jestem tutaj i usypiam!!!!), jestem sam, całkiem sam (nie jesteś!!! Jestem tutaj!!! Cicho!!! Jeszcze chwilę!!!) – nagle drzwi do sypialni się otwierają. Starszy syn wchodzi do pokoju, gramoli się na łóżko – mogę się położyć obok was? – młodszy syn siada. Kropla potu spływa mi po czole. Sprawa przegrana. Młodszy syn w siódmym niebie, że zobaczył brata, przytula się do niego. – Pobawisz się ze mną? – pyta starszy syn.

Jestem przegrany, nie wiem, co robić, mleko zużyte, ręce już mnie dosyć bolą. Zostawiam Kazika w jego łóżku – zaczyna się ryk, który powinien przekonać sąsiadów do wezwania pomocy społecznej. Trudno, może się zmęczy (myśli jeszcze niedawny supertata). Nie ma opcji, wyjmuję go i biorę ze sobą. Pertraktuję ze starszym synem, może pójdzie sam się bawić. Ale nie. Nie da rady. Chce ze mną. Mój starszy syn zaczyna być zmęczony, a zmęczone dziecko, to złe dziecko.

Ok, idziemy do pokoju dzieci. Bawimy się w wersję bajki z serialu, ja jestem ziemianinem, starszy syn kosmitą. – Jestem zmęczony – mówi po 10 minutach zabawy. – Idę umyć zęby.

Jestem zdziwiony, pierwszy raz coś takiego się przytrafia. Idziemy do łazienki, mycie, przebranie, walka o umycie nóg – z nami jest oczywiście cały czas młodszy syn pół na rękach, pół na podłodze. Ale nogi czarne od ziemi z przedszkolnego placu zabaw – nie mogę odpuścić.

– Tato, poczytasz mi bajkę? – to nasz rytuał, codziennie dwie bajki.

– Ok, tylko musimy to robić z twoim bratem – próbuję się położyć we trzech w łóżeczku – nie da rady. Przyciągam łóżeczko turystyczne młodszego syna. Wkładam go. Oczywiście jest niezadowolony, ale kiedy zaczynam czytać o przyjaznym smoku jest zaciekawiony. Ale drugiej już nie wytrzymuje, znów wyciąganie. Pomysł z łóżeczkiem turystycznym totalnie nie wypalił. Nie dość, że młodszy syn w nim nie leży, to jeszcze nie da się wyjść z łóżka starszego.

– Synku, zamiast czytania może pójdziemy do łóżka rodziców i ci dwie rzeczy opowiem?

– Ok.

Idziemy we trzech, młodszy syn zachwycony. Nie ma mowy o spaniu. Dwie bajki o rycerzach opowiedziane. Próbuję się położyć tak, żeby się nawzajem nie pozabijali podczas zasypiania.

– Mnie tu niewygodnie tato – mówi starszy syn. – idę do siebie.

– Dobrze synku, przyjdę do ciebie, jak uśpię twojego brata – w tej chwili kocham mego starszego syna niesłychanie, pierwszy raz widzę, żeby to zrobił.

Młodszy jest niezadowolony – wolał z bratem. Trudno. Wstaję, biorę go po raz trzeci na ręce. Zamyka oczy. Tym razem decyduję się na kombo: “Sen Katarzyny II”, “Starość Piotra Wysockiego”, “Zbroja”, której nie pamiętam do końca, więc po dwóch zwrotkach kładziemy się do łóżka. Leżymy. Starszy syn chyba śpi. Jest cicho. Błagam nie wiem kogo, żeby trasą AK nie przeleciała jakaś karetka. Nie przejeżdża. Młodszy syn zaczyna chrapać. Sprawdzam mu temperaturę, stan podgorączkowy. Delikatnie przenoszę go do jego łóżka. Leży. Jest cicho. Ostatecznie uznaję, że bóg dziecięcy był łaskawy – odpuścił mi po 1,5h, a stan podgorączkowy pozostał niespełnioną groźbą. Pozostało mi tylko posprzątanie płatków. I wszystkiego innego. I lepiej umyć się teraz, bo rano będę sam – nie da rady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *